piątek, 27 maja 2016

Dziś opowiem Wam o życiu

Nie wiadomo, co myśleć po takim tytule - bać się, śmiać się, nie czytać? W każdym razie mój blogo- a nawet interneto-odwyk ma się nieźle, nie chce mi się koszmarnie wręcz pisać o kosmetykach. Jeśli już koniecznie chcecie jakichś rekomendacji, to gorąco polecam szczotkowanie ciała szczotą z Fridge oraz olejowanie się Bio-Oilem i Bio-olejekiem z Kneipp. Z osoby używającej balsamu do ciała raz na ruski rok przeszłam w pielęgnacjo-maniaczkę. Skąd to się wzięło?

UWAGA! Teraz nastąpi plota nad ploty na temat mojego życia.

Otóż, jestem już prawie w 9 m-cu ciąży. I co, szczena opadła? Dołączacie do klubu "Wiesz, kogo jak kogo, ale nie wyobrażam sobie Ciebie z dzieckiem." XD albo "Niemożliwe, przecież Ty jesteś w moim wieku!!! Yyy, zaraz, czyli masz prawie 30 lat?" Spokojnie, moje hejterskie serduszko pozostało na swoim miejscu. Nadal hejtuję. Nadal nie ogarniam mamuś forumujących o swoich "fasolkach". Zwracam się do swojego pasożyta w brzuchu per pasożyt. Mam totalny chillout i nie posiadam dla dziecka jeszcze nic. Nie jaram się wózkami za 5000 zł. Gorzej. Poza tym, że wózki są w 3 rodzajach, to nic więcej o nich nie wiem i poprosiłam dzieciatą koleżankę, żeby mi załatwiła używany wózek od swojej znajomej. Mój teść trzyma u siebie całe pudło ciuchów po dziecku córki koleżanki. Tak tak, jestem matką-sknerą i moje dziecko nie będzie miało sesji w ciuszkach Baby Dior. Za to próbuję mu znaleźć mieszkanie, co - cholera - nie jest sprawą łatwą, bo okazuje się, że coś takiego, jak:

- świetnie urządzone
- duże
- tanie
- w dobrej lokalizacji

mieszkanie nie istnieje. Jak nie znajdę oferty życia, to po prostu wynajmę coś, bo - jeśli ktoś nie wie - mieszkam tuż przy jednej z głównych ulic w Warszawie i w ciągu dnia nie jestem w stanie otworzyć okna a dodatkowo mieszkanie nagrzewa się tak, ze muszę już teraz siedzieć przy wiatraku.

Dziecko jest dziewczynką i nazwiemy je wymyślonym przez nas z jakieś 8 lat temu imieniem a mianowicie: Zosia. Wtedy nie było tak popularne, ale trudno. Lepiej Zosia, niż Andżelika czy Kunegunda.

Moje ogólne doświadczenie z okresu ciąży jest mieszane. Na początku był to horror (I trymestr ze wszystkimi możliwymi objawami), potem w sumie spoko, teraz super. Nadal chodzę do pracy i wzbudzam podziw (czy naprawdę tak dużo kobiet idzie na zwolnienie?), ludzie są dla mnie naprawdę mili (chociaż może to dlatego, że jestem taką ładną i zgrabną ciężarną :D) i nigdy nie spotkałam się z taką życzliwością, jak teraz. Nie miałam i nie mam wahań nastrojów, psychicznie naprawdę jest super, przestałam mieć migreny. To nie była jakaś planowana ciąża i w sumie jako dojrzały emocjonalnie człowiek z ustabilizowaną sytuacją życiową na myśl o ciąży ani nie dostawałam ataków paniki ani też tej ciąży jakoś nie pragnęłam. Dokładnie tak: miałam do niej stosunek obojętny. Nie sądzę, by brak dziecka mi przeszkadzał przez najbliższe lata a teraz nie czuję, żeby jakkolwiek mnie zniewolił i ograniczał, ba! traktuję to jako czas na refleksję w życiu (w dodatku płatną w 80% ;)), motywację do lepszej organizacji i mądrzejszego spędzania czasu. Nie kumam ani idei "dziecko mi zniszczy karyjerę i jak ja będę nagrywać filmiki na jutuba?!" ani "od dziś staję się Matką i moją karierą będzie plecenie chust z organicznej bawełny i robienie zupek z bio/eco/organic marchewki za 100 zł./kg", po prostu jest to naturalny biologiczny proces i chyba najlepiej podejść do tego racjonalnie - masz nową rolę w życiu, ale to nie znaczy, że masz stracić z tego powodu inne. I chcę jeszcze powiedzieć, że o ile zawsze byłam hiperzadowolona z mojego związku, to w ciąży jestem hiper-hiperzadowolona :)

Może jak już nie będę w stanie chodzić do pracy, to napiszę coś o kosmetykach, ale naprawdę nie macie pojęcia, jak dobrze mi bez regularnej lektury blogów i pisania :) Zaczęłam spędzać czas w kuchni (ja - osoba, która przez ponad 2 lata małżeństwa ani razu nie włączyła piekarnika) i zostałam już mistrzem serników na zimno, kupiłam rzeczy, których od zawsze brakowało w naszym mieszkaniu (np. krzesła ;)), wróciłam do mojej dodatkowej aktywności zarobkowej, tj. sprzedaży unikatowych książek, nauczyłam się robić genialny bulion i fenomenalną botwinkę, mam poczucie, że sensownie spędzam czas i czuję się po prostu ZEN =)

Buziaki i jak macie jakieś pytania, to być może odpowiem ;)








piątek, 22 kwietnia 2016

Kwiecień plecień i gdzie była Madame jak jej nie było

Chciałyście, to macie: nowy wpis. Od ostatniego minął prawie miesiąc. Jak wiecie wróciłam do domu i po prostu musiałam odżyć, zaaklimatyzować się, zrobić odwyk od laptopa itd. To, ile czasu spędzałam w Bawarii przy kompie to jakiś horror, ale umówmy się - poza tym naprawdę nie miałam co tam robić. Nigdy więcej takich wyjazdów :/ Co robiłam przez ostatni miesiąc? Byłam trochę jak Yattaman, który bywa tu, bywa tam, bywa też gdzie indziej :D Chodziłam do pracy (nie macie pojęcia, jak po tym prawie pół roku zdalnej pracy przyjemnie mi się chodzi do biura), odwiedzałam znajomych, byłam na ślubie, kupowałam przeróżne dobra, posiałam sobie rzeżuchę (to u mnie taki ogrodniczy master lvl), jadłam dobre rzeczy (wreszcie!) i prawie się rozpakowałam ;) a tak kosmetycznie, to oczywiście po raz kolejny odkryłam, że mam za dużo kolorówki a ponadto chyba pierwszy raz w życiu naprawdę całościowo dbam o pielęgnację, normalnie codziennie rytuały piękna się odbywają w mojej łazience!

Jeśli chodzi o zauroczenia, to były one przede wszystkim zapachowe i m.in. dlatego udało mi się skutecznie wdrożyć regularne peelingi i olejowanie/balsamowanie ciała. Co mnie urzekło?

1.
Soap&Glory, The Breakfast Scrub


Peeling S&G przybył do mnie razem z masłem i maseczką za sprawą Magdy z Land Vanity, z którą wymieniłyśmy się paczkami z dobrodziejstwami :) Zaczęło się od tego, że bardzo chciałam spróbować The Righteous Butter, bo opis Magdy mocno mnie zachęcił do niego, zresztą na temat zapachu tego masła krążą takie legendy, że otwierając opakowanie, byłam przygotowana na jakąś totalną rozkosz. No cóż, zamiast rozkoszy było rozczarowanie. Serio, albo moje masło pachnie inaczej albo ludzie uwielbiają zapach CIFu. Dla mnie ten zapach to taka chemiczna, trochę mydlana cytrynka. Luksusu nie czuję za grosz, niestety. Za to baaaaaaaaaaaaaaardzo pozytywnym zaskoczeniem in plus był peeling śniadaniowy. Absolutnie fantastyczny, naturalny, cudownie jadalny aromat syropu klonowego. Do tego fajna, zbita konsystencja i dobre nawilżenie. Wręcz marzę teraz o kąpieli, żeby znowu go poczuć :D Fajnie też sprawdziła się maska The Fab Pore, ale miałam ją na twarzy raz, więc trochę mało, żeby coś więcej napisać. W każdym razie jestem bardzo zadowolona z paczki, bo po pierwsze zaspokoiła moją ciekawość nt. marki a po drugie pozwoliła mi poznać produkt do którego z pewnością będę wracać. Wielkie dzięki, Magdo =*
 
2. Collistar, Talasso-Scrub Anti-Eta
Czyli przeciwstarzeniowy peeling do ciała. Zobaczyłam go na marcowej (czy jeszcze lutowej?) ofercie w Douglasie, gdzie był chyba 40% tańszy, niż zwykle a tani to on nie jest (195 zł./700 g.), przeczytałam recenzje, które były po prostu peanami na jego cześć i wzięłam 2 sztuki. Dołączam się do zachwytów, bo peeling jest cudowny. Już zapach jest bardzo przyjemny, jest to rześki aromat czerwonych pomarańczy. Konsystencja to sól zanurzona w przeróżnych olejach i olejkach. Jestem wielką fanką produktów działających jak papier ścierny i tu mam 120% satysfakcji. Ten peeling to naprawdę OSTRY zawodnik, zdziera równo a skóra po nim to faktycznie alabaster. Do tego rewelacyjnie natłuszcza skórę, ale w taki sposób, że nie jest ona lepka czy tłusta, tylko cudownie miękka i gładka. REWELACJA.

3. Ministerstwo Dobrego Mydła, Olej śliwkowy

Chyba pod wpisem Hexx dowiedziałam się o tym, że z okazji Dnia Kobiet do każdego zamówienia w MDM dorzucany był olej śliwkowy. Na stanie żadnych olejów nie miałam (teraz mam 4 :D), więc zamówiłam śliwkowy i z orzechów laskowych, żeby się przekonać, co to za dobra w tym MDMie dają. Niby ludzie pisali, że pachnie jak marcepan, ale szczerze: po moich różnych przygodach z niezrozumiałymi zachwytami nad aromatami byłam sceptyczna. Pachnie, jak marcepan :D I trochę jak śliwka w czekoladzie. Uwielbiam ten zapach, co prawda jest wiosna a on jest totalnie jesienno-zimowy, ale wieczorem uwielbiam go wmasowywać w ciało i rozkoszować się tym aromatem. Olejek szybko się wchłania i po prostu jest miłość <3 Wczoraj dowiedziałam się, że wypuścili jeszcze śliwkowy peeling. Rety, do tej pory miałam tylko dylemat jednej twarzy, teraz dochodzi dylemat jednego ciała :D
 
4. Slumberhouse, Kiste
 
 
I znowu coś, o czym się dowiedziałam od naszej wszechwiedzącej Czarownicy ;) O krakowskiej perfumerii Lulua nie słyszałam nigdy wcześniej. Jeszcze w Bawarii zamówiłam tam 10 próbek i je sobie testuję. Przetestowałam wszystkie min. raz i głównie jest zawód, bo trwałości to się nie dopatruję a i same zapachy mnie nie urzekają. Mam nadzieję, że zbiorę się do wpisu o każdym z nich, głównie testowałam markę ZeroMolecole. Jest wyjątek i chodzi o zapach Kiste, który wydała na świat mikroperfumeria artystyczna Slumberhouse (ciekawy artykuł o ich zapachach znajdziecie TU). Kiste to ani EDT ani EDP, tylko ekstrakt i może dlatego jego trwałość oceniam tak dobrze a otoczka zapachu towarzyszy mi cały dzień. Nuty zapachowe to tytoń, brzoskwinia, wrzos, bób tonka, czarny bez, paczula, miód. Przyznam, że tytoniu nie czuję, za to czuję kokos (moja siostra też), którego podobno tu nie ma... Zapach jest słodki i miękki, bardzo otulający. Otwiera się dla mnie konfiturami (brzoskwinia i bez?), kokosem i miodem, jednak nie nazwałabym kompozycji "ulepem" i jest moim zdaniem znacznie mniej słodka, niż np. Black Opium. Jest jadalna i naturalna, kojarzy się z prawdziwymi owocami i przetworami z nich. Zapach naprawdę pokochałam, to jest kolejna kompozycja (po Kenzo Jungle, Alienie i Oriens), którą mogę opisać, jako w pełni moją i która świetnie się na mnie układa i trwa i trwa. Nie było żadnych wahań, ten aromat po prostu urzeka mnie całkowicie. Jest tylko jeden problem. Flaszka 30 ml. kosztuje 590 zł. Przebolałabym 100 ml. za tę kwotę, ale to trochę kosmos płacić tyle kasy za najmniejszą pojemność, tym bardziej, że wiem, jak szybko bym ten zapach skończyła... Więc naprawdę nie wiem, czy kupię, bo zwyczajnie szkoda mi pieniędzy, tym bardziej, że sporo zapachów mi się uzbierało i muszę się zastanowić najpierw, co zrobić z nimi a dopiero później szastać kasą na kolejne flaszki.


To w sumie tyle :) Następny wpis pewnie za miesiąc :D











czwartek, 24 marca 2016

Wreszcie w domu i wyniki rozdanka cieni Catrice

Nie ma mnie ostatnio na moim blogu ani na innych blogach, bo w końcu w sobotę wróciłam do domu i oczywiście ten tydzień był intensywny. Ach, jak dobrze być w Warszawie i w swoim domu! Na IG widziałyście moje rozpakowywanie paczek, pewnie jak się ogarnę z bagażami, porządkami, pracą itd. to wrócę na bloga i coś napiszę, ale na razie nie mam na to zupełnie czasu.
Przepraszam też za to, że dopiero dziś publikuję wyniki, ale przez cały ten tydzień nie miałam nawet laptopa w domu a poprzedni zszedł mi na przygotowywaniu się do wyjazdu. Przypominam, że było rozdanko limitowanych cieni Catrice, frekwencja była zatrważająca - aż 5 (słownie: PIĘĆ) person się zgłosiło, przy czym żadna nie wybrała mojego faworyta - zieleniaka, trudno, nie to nie :P
https://2.bp.blogspot.com/-i-sZzTPKZOo/VtstojLn7kI/AAAAAAAABuc/gjQ-D1EsfjQ/s1600/catrice.JPG


Cień CO2, czyli fiolecikowy taupe Mauve Medley leci do:



Zaś cień CO3, czyli różowo-brzoskwinowy Soft PINKmentation leci do:


byDominika i MagdaOdBłyskotek - bardzo proszę o adresy do wysyłki na maila pannasaphir@gmail.com :) Mam nadzieję, że cienie Wam się spodobają :)